zapisz się na listę mailową
pomoc
english version

THE COMPLAINER - The Amor (2010)

muzyka.wp.pl

[...]

Konieczne jest parokrotne przesłuchanie, aby przyzwyczaić się do połączenia pięknej latynoskiej muzyki z alternatywną, nieokiełznaną gitarowo-elektroniczną bestią. Gdy to nastąpi, istnieje szansa, że mocno zakochamy się w tych wariackich dźwiękach.
[Lesław Dutkowski, megafon.pl]

calosc - link klik


magnetoffon.info

[...]

Ze swych zagranicznych wojaży muzyk przywozi pamiątki: miłość do patchworku ze skrawków nagrań ulicy: lokalnych mariachi, grajków rozpieszczonych za parę dolarów, zarejestrowanych na płycie oraz masę niesamowitej energii, która przenika nieposkromiona przez pory tworu - płyty. Skutek - tzw. choroba muzyczna- przyspieszenie tempa bicia serca, nadmierna ekscytacja, nadwład kończyn dolnych - nie przestajesz tupać, oraz nieustanna pogoda ducha, połączone z wydzielaniem endorfin.

[Magda Szubert]

calosc - link klik


uwolnijmuzyke.pl

Tortilla i popowe piosenki.

“The Amor” to album, który można określić słowem “więcej”. Wszystkiego jest tu więcej: ludzi pomagających w nagrywaniu (czyli tzw. The Complainers), pojawiających się w każdym momencie instrumentów i dźwięków, nawet języków jest tu sporo, bo aż trzy: polski, hiszpański i angielski. I nie chodzi mi o więcej w porównaniu do czegoś innego – complainerowe “więcej” oznacza różnorodność i wielobarwność jako sztukę samą w sobie.

Mexico City , Miami, Gorzów Wielkopolski… Cóż lepiej oddaje stylistyczny mętlik, aniżeli liczne strefy czasowe, w których miał on okazję powstawać. Z pewnością The Complainer może się czuć w polskiej muzyce pionierem w nagrywaniu w niezwykłych miejscach – utwór “Teoti WiFi” powstał na szczycie Piramidy Słońca w Teotihuacan w Meksyku. Szczególnie spodobał mi się fragment notki promocyjnej: “Parts of 5 recorded in a plane somewhere up in the sky”.

The Complainer nic nie udaje. Nie jest kolesiem, który urodził się w Rzeszowie (z góry przepraszam urażonych mieszkańców tego miasta), zapuścił dredy i próbuje podczas okolicznych juwenaliów okazać swoją jedność z Jah. Część nagrań na “The Amor” pochodzi z meksykańskich ulic, wypełnionych dźwiękami grającymi w sercach mieszkańców Ameryki Łacińskiej na co dzień. Inspirowanie się egzotyką posiada tutaj szczery i autentyczny wymiar. Mimo względnej popowości piosenek – sporo lekkich melodii tworzonych za pomocą gitar, syntezatorów i skrzypiec – bardzo duże znaczenie ma rytm i to on jest największym nośnikiem ducha kultury byłej hiszpańskiej kolonii.

“Rytuały Rytuały” zdaje się opowiadać o pewnych powtarzających się elementach, które napotykają podróżujących do Meksyku (“Stewardesy i piloci (..) yerba mate, quesadillas”). I takie jest “The Amor” – niczym pamiętnik z podróży zlepiony ze zdjęć, dźwięków oraz niezwykłości napotkanych ludzi i odwiedzonych miejsc. Pamiętnik unikający banalnej puenty.
[Krzysztof Kowalczyk]


Przekrój 46/2010

Na przekór czasom i ludziom wbrew

Bohaterowie polskiej alternatywy Maciej Cieślak i Wojciech Kucharczyk znowu sobie a muzom. Gratulacje dla artystów, współczucie wydawcom

***** The Complainer „The Amor”, Mystic

***** Cieślak i Księżniczki „Cieślak i Księżniczki”, My Shit In Your Coffee

[...]

Wojciech Kucharczyk, lider formacji The Complainer, też jest zapatrzony w Amerykę, ale w inną jej część. „The Amor” to zapis wizyty- zespołu w Meksyku. Nie żadna tam płyta koncertowa – The Complainer działa raczej jak kula śniegowa, która pędzi przez świat i zabiera ze sobą wszystkie możliwe dźwięki. Kucharczyk absorbuje to, co słyszy, ale też inspiruje innych, wciąga w orbitę swojego hałaśliwego kolektywu ciągle nowych gości: od ulicznych grajków po zaprzyjaźnionych profesjonalistów, nagrywa wszystko i wszędzie – od szczytu Piramidy Słońca w Teotihuacán po pokład samolotu. Zdarza mu się też schodzić na ziemię i wykorzystywać miejsca czy przedmioty tak zwykłe, że nigdy byście nie przypuszczali, że mieszka w nich muzyka. Bardziej niż melodie interesują go brzmienia i rytm, eskapistyczny trans, który na płytach The Complainer nigdy nie cichnie. „Tato, moje nogi same tańczą!” – skonstatowała radośnie po kilku minutach obcowania z „The Amor” moja czteroletnia córka. Nie wiedziała, że to muzyka alternatywna i podobno nie da się przy niej bawić...

Cieślaka i Kucharczyka dzieli wiele – to zupełnie inne granie, odmienny pomysł na muzykę, brzmienie i wizerunek. Łączy ich konsekwentne, bezkompromisowe podejście do własnej twórczości, choć ceną za pięknoduchostwo jest egzystencja na marginesie muzycznej sceny i ludzkiej świadomości. Mogliby odmienić swój los outsiderów, upraszczając przekaz i przepraszając się z prostotą przebojowej piosenki, ale nie chcą tego robić. Proszę to docenić.

[Jarek Szubrycht]

calosc online, kilk na tytul .


wearefrompoland | recenzja

Dziennik z podróży. Dzień 1. Meksykanie to gościnni i serdeczni ludzie. Lubią rozmawiać, a najczęściej wypowiadane przez nich słowa to „dollars” i „pesos”. Fajnie się z nimi dogadujemy. Dzień 3. Zatrucie pokarmowe. Cały dzień w hotelu. Dzień 5. Udało się nam nagrać sympatycznego staruszka na ulicy. Nie wiadomo o czym śpiewa, ale da się to wykorzystać na płycie. Kończą nam się pesos, może uda się im wcisnąć złotówki?...

Tak sobie żartuję, a wyprawa Wojtka Kucharczyka i jego muzyków do Ameryki była poważnym i poważnie udokumentowanym przedsięwzięciem (dokładny raport). Pokrótce: wyjazd do USA (Miami) i Meksyku zaowocował nagraniem sporej ilości materiału, zarówno studyjnego, jak i w postaci ulicznych, naturalnych dźwięków z tubylcami w roli głównej. Sporo tego latynoskiego klimatu słychać na płycie – można ją właściwie uznać za dziennik z podróży, bo i dźwięki i warstwa tekstowa mają bardzo luźny, południowoamerykański charakter.

W porównaniu z poprzednim albumem jest znacznie bardziej alternatywnie. Hałaśliwie, chaotycznie, surowo – produkcja jest daleka od popowych standardów. Piosenki spinają dźwiękowe miniatury zarejestrowane na ulicach Mexico City – uliczni grajkowie, sprzedawcy, zaczepieni przechodnie coś mówią, śmieją się, domagają pieniędzy, śpiewają, grają na ludowych instrumentach. Dużo się dzieje, choć z czasem ma się ochotę te wtręty pominąć i tu wynika pewien problem, ponieważ nie zawsze się da. Czasem po prostu mam ochotę posłuchać konkretnej piosenki, ale muszę się jeszcze przebić przez dwuminutowe pogaduszki pana Wojtka z lokalsem. Taki już urok The Amor.

Piosenki są fajne. Szalone, ale chyba nikt się nie spodziewał po Complainerze, że pójdzie w kierunku romantycznych pościelówek. Kapitano atakuje zwariowanym bitem i wykręconymi syntezatorowymi efektami, Flexible Days wywołują banana na twarzy słodkim duetem Kucharczyka z Asi Miną i urokliwą partią klawisza. A propos banana – Bananabox to chyba największy potencjalny przebój. Jest i polski - zabawny! – tekst (Wszystkie koszule Morrisseya/ Wszystkie czapki Janerki/ Dobry kostium to moc/ Jak meksykański koc), staroszkolna gitara i cała masa porąbanych zmian rytmu. Yummy. W Every Touchscreen ekipa Kucharczyka flirtuje z popowym refrenem, ale sielankę natychmiast burzy zupełnie od czapy wklejonym kawałkiem ulicznej rejestracji. High Spirits poraża agresywnym postpunkowym, ocierającym się o noise riffem. Black Eyes z zupełnie innej beczki wkręca sterylnym studyjnym brzmieniem; dla kontrastu Teoti WiFi to wokal Kucharczyka nałożony na – improwizowany, jak sądzę – występ meksykańskich grajków. Nie da się nie wspomnieć o Rytuałach z całą masą hałaśliwych dęciaków i mocno zrytmizowanym, nieco funkowym Somebody, Nobody. Na deser zostawiam sobie Seq – prawdziwą perełkę, z Asi Miną w roli wokalistki. Ten moment, kiedy utwór zupełnie zmienia nastrój i podąża gdzieś w kierunku najbardziej ściskających serducho kompozycji Pustek. Piękna partia smyków i odsunięty w tył wokal Asi. Cudo!

Teksty jak zwykle u Kucharczyka rozwichrzone. Oprócz wariacji na tematy latynoskie (Stewardessy i piloci/ Inuici, hotentoci/ Yerba mate, quesadillas/ Pączek, pieprzyk i wanilia/ Rytuały, rytuały/ Piękny świat bywa wspaniały!) słychać fascynację przedziwnym światem nowoczesnych technologii (Pani z gpsa zadziwia mnie/ Cierpliwa jest, niezłomna jest/ Drogę mylę - ona przelicza). Trudno się nie uśmiechnąć na taką wyliczankę:

this is not Miami City
this is not New York
this is not Mexico City
this is not tiny city
this is not big city
this is not Skoczów
this is not Sydney
this is not Moscow
this is not Berlin
this is not Paris
this is not Bogota
this is not Rio de Janeiro

Dużo słońca i radości. Pozdrowienia z Meksyku – całusy. [m]


magazynstyle.pl | artykul

/\


nowamuzyka.pl | wywiad

/\


The Wire | Office Ambience

Bananabox single on the Office Ambience prestigious list ;-)


eramusicgarden.pl | artykuł

/\


gazeta.pl | artykuł

/\


popupmusic.pl | wywiad

/\


popupmusic.pl | recenzja

„The Amor” na którym zespół Wojtka Kucharczyka powraca do nazwy The Complainer, nie należy traktować inaczej jak swego rodzaju pamiętnika po podróży do Ameryki Łacińskiej jaką zespół odbył w pierwszej połowie bieżącego roku. Tamtejsza energia i podejście do muzyki odbija się na znacznej części tej płyty. Sam fakt, że część piosenek została zarejestrowana w Miami, część na ulicach Meksyku, na szczycie Piramidy Słońca czy studiu w Polsce, wskazuje na wielowątkowość tego albumu i czerpanie garściami z wielu tradycji muzycznych.

Kucharczyk razem z zespołem z niekłamaną radością żongluje gatunkami, niejednokrotnie wywracając nasze przyzwyczajenia do muzyki. Kiedy chce przyspiesza tempo, w środku utworu wstawia inny, dodaje nagrania ulicznych grajków w Meksyku albo łączy brzmienia organiczne z elektroniczną perkusją (nie używa sampli, jak sam podkreśla!). Niektóre melodie brzmią wręcz kreskówkowo, zachwycając swoimi rozbudowanymi aranżacjami i brzmieniem – od wielowarstwowej sekcji rytmicznej przez gitary akustyczne i elektroniczne, po klawisze, sekcję smyczkową czy całą gamę dźwiękowych przeszkadzajek. Elektro splata się z elementami muzyki world, rockowe riffy z akustycznymi balladami, wpływy bossanovy z eksperymentalnymi bitami.

Z niekłamaną radością słucham „Touchscreen”, „Rytuały Rytuały”, nieco spokojniejszego „Seq” z sekcją smyczkową czy „Bananabox”. „The Amor” to ogromna rozpiętość wokali - Kucharczyk wiedzie prym, ale uzupełnienia o śpiew Asi Bronisławskiej czy genialną piosenkę „Somebody Nobody” Pawła Trzcińskiego dodają płycie smaku i potęgują jej różnorodność.

Jako jedyny minus wskazałbym pewien przesyt – utworów mogłoby być trochę mniej bo słychać, że zwartość i chwytliwość, która pulsuje na pierwszej połowie płyty, później zaczyna trochę dogasać. Ale przecież tak różnorodny materiał można pochłaniać w porcjach, bo nie nudzi się ani przez chwilę. Wojtek Kucharczyk jak zwykle przeciera nowe ścieżki i nic nie robi sobie z utartych szlaków. Aha, może poza jednym – drogą zaskoczenia podąża nieustannie. W końcu w tym jest najlepszy.

[Jakub Knera]